Najwyraźniej nie obznajomiony z właściwymi procedurami dyplomatycznymi Ziemianin zrobił wielki krok w jej kierunku.
- Co ty tu, do diabła, robisz?
Gwałtownie dygocząc próbowała odsunąć się od niego, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Upadła trzepocząc się na ziemię, patrząc w nicość i obu nogami konwulsyjnie kopiąc wilgotny grunt.
Ziemianin zatrzymał się.
- Hej, uspokój się.. Nie chciałem... - Jednym płynnym ruchem przypadł do ziemi i ściągnął z pleców karabin, celując w lewą stronę, gdzie właśnie pojawiła się druga sylwetka. Po sekundzie obserwacji wyprostował się odprężony.
Umeki zauważyła w jakim stanie jest jej podopieczna i uniosła wizjer, by spiorunować wzrokiem znacznie od siebie większego mężczyznę.
- O, do licha. Co tu się stało? Coś ty zrobił?
- Uratowałem jej życie, poruczniku - mruknął żołnierz i odsunął się na bok, odsłaniając martwego Mazveka.
- Mam nadzieję, że to nie jest żaden poważny uraz psychiczny. - Zmartwiona, nachyliła się nad leżącą twarzą do ziemi skrzydlatą postacią. - Wiesz, jacy delikatni są Waisowie.
- Kto, ja? - Żołnierz wyciągnął szyję, by lepiej dojrzeć leżącą sylwetkę. - Jestem tylko prostym człowiekiem, poruczniku. To pierwszy kanarek, jakiego widzę w naturze. Nie są imponujący, no nie? "Pióra i lekkomyślność", tak mówi podręcznik. Mimo to, sojusznik, to sojusznik.
- Twój pancerz był najprawdopodobniej zrobiony na jednym z ich światów. - Głos Umeki zamarł. - To ci pech. Liczyłam przy tym zadaniu na pochwałę. Nie chciałam tej roboty. Zabierać Waisa na linię frontu! Wiedziałam, że coś takiego się wydarzy! - Delikatnie kołysała bezwładną głowę o pustych oczach. - A mówiła, że jest przygotowana, że da sobie radę.
Odległa eksplozja przyciągnęła wzrok mężczyzny. Nerwowo głaskał palcem spust karabinu.
- Tak, no cóż, przynajmniej nie jest martwa. A byłaby, gdybym się tu nie pojawił.
- Wiem. - Umeki grzebała w swoim plecaku. - Jeśli będzie w ogóle jakaś pochwała, to ty ją dostaniesz, żołnierzu.
Obróciła karbowane pokrętło na krótkim, podobnym do różdżki instrumencie i przyłożyła go do ramienia Lalelelang. Dygotanie osłabło.
- Twój wygląd mógł ją przerazić bardziej, niż Mazvek.
- Lepiej dla niej, że jest przerażona, a nie zastrzelona. Lepiej już wrócę do swojej jednostki.
-- Jasne. Wracaj. - Bezwiednie odrzekła Umeki, nie odrywając wzroku od swojej pacjentki. Nie było konieczności zagłębiania się w szczegóły. Ich osobiste rejestratory przy kombinezonach już się tym zajęły.
Wsunęła różdżkę do plecaka i czekała, kołysząc się na piętach. Dreszcze ustawały, ale Wais z szeroko rozwartymi oczami ciągle nie reagował na bodźce.
- Oberwie mi się za to jak diabli, wiesz? - mruczała do nieruchomej postaci. - Wiedziałam, że będzie z tobą kłopot. To oczywiście nie jest twoja wina. Nie masz wpływu na to, kim jesteś. - Podniosła głowę i spojrzała w kierunku lasu, w którym zamierały odgłosy walki. - Nie jest też twoją winą, że Mazvekowie właśnie moment twojej wizyty wybrali sobie na kontratak.
Usiadła, opierając się plecami o leżącą kłodę i zaczęła wzywać centralę z prośbą o ewakuację. Jeśli wróg nie wprowadzi do boju ciężkiej broni, powinny stąd zostać niezwłocznie zabrane medycznym poduszkowcem zakładając, że jakiś był w okolicy i że był osiągalny. Nie znaczy to, że ktoś na jego pokładzie będzie wiedział cokolwiek o psychologii Waisów, ale pokładowy komputer medyczny na pewno się na tym znał.
Gdy już nawiązała kontakt i zgłosiła ich pozycję, poleciła wbudowanemu w hełm komunikatorowi rozłączyć się i ponownie zwróciła uwagę na swoją katatoniczną podopieczną.
- Zachciało ci się oglądać bitwę. Czemu nie zostałaś w domu uprawiać swoje ogrody i słuchać swoich kantat? Ale nie. Musiałaś wtykać swój dziób tam, gdzie nie należy, w coś, do czego nie jesteś historycznie ani kulturowo stworzona.
Wrogi pocisk dalekiego zasięgu ściął pobliskie drzewo dziesięć metrów nad ziemią. Umeki obrzuciła dymiący pień obojętnym wzrokiem.
- Tracę tu, przy tobie czas, wiesz o tym? Niańczę obcego naukowca, podczas gdy powinnam robić coś bardziej użytecznego i konstruktywnego... zabijać Mazveków.
Obudziła się pod pastelowo-zielonym niebem i wśród ścian gęsto pokrytych holo-kwiatami. Ktoś zaimprowizował tradycyjne, grubo wyściełane gniazdo pośrodku wielkiego łoża, stworzonego dla wygody odmiennego gatunku ciała. Otaczały ją zwoje materiału, utrzymując jej osłabione ciało w prawidłowej, pionowej pozycji, z nogami starannie podkulonymi pod brzuchem. Wyprostowała szyję, podnosząc głowę z pleców, gdzie spoczywała w piórach pomiędzy złożonymi skrzydłami i zbadała otoczenie. Zadano sobie dużo trudu, by zapewnić jej wygodę.
- Dobrze, że się już obudziłaś. - Umeki stała obok krzesła. - Powiedziano mi, że wystąpiły u ciebie symptomy powrotu do świadomości.
Wspomnienia zaczęły wracać do Lalelelang, a wraz z nimi powróciło dygotanie. Ale pokój był cichy, zaś widok lekko zmierzwionych kwiatów uspokajał. Przywołała z pamięci swoje ćwiczenia i uspokoiła się. Jej brwi wygięły się stosownie.
- Teraz już pamiętam. Wszystko. Obawiam się, że jestem wam winna więcej przeprosin, niż potrafię wyrazić. - Zakończyła wymyślnym trelem, składającym się z przeciągłego gwizdu i trzech wyraźnych przerw. Wymagała tego tradycja, choć Lalelelang wiedziała, że nic to nie oznacza dla stojącej obok niej kobiety.
- Nie masz za co przepraszać - odpowiedziała Umeki z prostotą. - Przecież nie prosiłaś, żeby cię zaatakowano.
Lalelelang przyglądała się swojej opiekunce. Przemiana była zdumiewająca, tak jakby zdejmując swój pancerz Umeki jednocześnie zdjęła z siebie specyficzną postawę. Już nie wyglądała śmiertelnie groźnie, czy strasznie, jak na polu bitwy. Teraz była tylko niezgrabną naczelną z płaską twarzą, czekającą w milczeniu na podjęcie rozmowy.
- Cóż to za rasa? - pomyślała Lalelelang.
- Masz szczęście, że żyjesz - niepotrzebnie stwierdziła jej przewodniczka.
- Wiem. - Czuła wielkie zmęczenie. - Jak długo?
- Parę dni. Wystraszyłaś mnie tam jak cholera. Moja kariera skończyłaby się razem z tobą.
- Jak można być tak prymitywną i niedelikatną? - zdumiała się Lalelelang. Niewątpliwie inny Ziemianin uznałby tę uwagę za rozsądną, może nawet zabawną. Oczywiście, nie skomentowała tego.
- Ale teraz jesteś już w porządku, nic się nie stało. - Umeki uśmiechnęła się, prezentując ostre siekacze i kły. Nie trwało to długo, za co Lalelelang była wdzięczna. - Chyba nie myślisz o... no... o powrocie tam, prawda?
- Myślę, że jak na razie zebrałam dość materiałów z pierwszej ręki.
Ziemianka roześmiała się cicho z wyraźną ulgą:
- Wy Waisowie. Zawsze wyrozumiali.
- Co z moim rejestratorem? - zapytała nagle.
- W lepszym stanie, niż ty. - Umeki machnęła w kierunku szafy. - Jest tam, z resztą twojego wyposażenia. Będziesz miała dużo interesujących scen do przeżywania na nowo. Przypuszczam, że wrócisz teraz do domu? - Jej głos był pełen nadziei.
- Tak mi się wydaje. Mam nadzieję, że mój wcześniejszy odlot cienie urazi?
- Oczekujesz ode mnie kłamstwa? Przejrzałabyś je bez trudu. Zbyt dobrze znacie języki. - Odwróciła się do drzwi. - Jest tu ktoś, kto chce powiedzieć ci do widzenia. Nie ma zbyt wiele czasu, ale nie sądzę, żeby wam obojgu zależało na długich rozmowach.
Otworzyła drzwi i coś powiedziała do kogoś znajdującego się poza zasięgiem wzroku Lalelelang. Chwilę później portal rozszerzył się i pojawił się w nim żołnierz, który uratował jej życie. W swoim służbowym mundurze wyglądał równie potężnie, jak w pancerzu.
Cicha i szybka recytacja pohamowała jej drgawki.
Teraz, w innych okolicznościach, była w stanie spojrzeć na niego z perspektywy wielu lat studiów i stwierdziła, że był tylko trochę wyższy i masywniejszy od przeciętnego Ziemianina. Górował nad nią, gdy podszedł do łóżka. Jednak tym razem nie cofnęła się przed nim.
- Powiedzieli mi, że mój wygląd bardzo cię zdenerwował. Nie chciałem tego. - W jego głosie brzmiała skrucha.
- Uratowałeś mi życie - pospiesznie przemówiła Lalelelang, starając się zaoszczędzić żołnierzowi dodatkowego zakłopotania. Większość Ziemian miała dla odzwierciedlenia swoich uczuć i stosunków międzyludzkich, jedynie nieadekwatne słowa. Było cudem, że w takich prymitywnych warunkach jakiekolwiek związki rodzinne mogły przetrwać wystarczająco długo, by zaowocować potomstwem.
Zmusiła się do wyciągnięcia w jego kierunku koniuszka prawego skrzydła. Zaskoczony Ziemianin ujął go w swoje mocne palce. Lalelelang była bardzo spięta, ale Człowiek nie sprawił jej bólu.
Ręka cofnęła się.
- Chciałem tylko powiedzieć, że cieszę się, że już się lepiej czujesz. - Żołnierz trzymał czapkę w drugiej ręce. Gdy go obserwowała, zaczął ją miętosić w obu dłoniach, jakby nie wiedział co począć z kończynami. Ten rodzaj czynności motorycznych jest bardzo pospolity wśród Ziemian. - Porucznik powiedziała, że jesteś czymś w rodzaju profesora i że nas badasz.
Uśmiechnął się niemal wstydliwie:
- Nie chciałbym, żebyś przeze mnie wyrobiła sobie o nas złą opinię.
- Właściwie to jestem historykiem i - nie, wrażenie, jakie na mnie wywarłeś nie było... większe, niż oczekiwałam.
Przyjął to z ulgą.
- Miło mi to słyszeć. Hej, to oznacza, że będę opisany w historycznej książce, czy coś takiego, prawda?
- Coś takiego - mruknęła wymijająco.
- Nazywam się Kuzca. - Wyszeptał nazwisko, jakby dostarczał jakąś ważną, poufną informację. - K-u... chociaż jako Wais, nie będziesz miała żadnych trudności z pisownią.
- Też tak myślę.
- Michael Kuzca. Moją ojczyzną jest Tokugawa Cztery.
- Będę pamiętać. Mam dobrą pamięć do nazw.
- Jestem pewien, że lepszą, niż moja. Jestem tylko wojownikiem.
Lalelelang rozpoznała starożytne określenie, którego Ziemiańscy żołnierze chętnie używali mówiąc o sobie. Jego oryginalne znaczenie zatarło się w ciągu tysięcy lat nieprzerwanej wojaczki.
- Uważaj na siebie. Wy kanar... wy Waisowie nie zdrowiejecie tak łatwo.
- Nie - mruknęła. - Nie posiadamy waszych zdolności regeneracyjnych. Ale prawdę mówiąc, nie posiada ich żaden inny, inteligentny gatunek.
Wyszedł, pomachawszy na pożegnanie olbrzymią ręką - niewyszukany, a jednak wzruszający gest... w swej surowej, prymitywnej formie.
- Nie chciał, żebyś odleciała pod złym wrażeniem. - Umeki podeszła do łóżko-gniazda. - Jako, że zaistniały specjalne okoliczności, był w stanie uzyskać urlop wystarczająco długi, by móc tu wpaść i cię odwiedzić.
- Jestem wzruszona. Dokąd się teraz uda?
- Dołączy do swojej jednostki. Z powrotem na pole walki.
- Oczywiście - szepnęła Lalelelang. - Tam, gdzie będzie szczęśliwy.
Umeki z zainteresowaniem przyglądała się gniazdu, zaimprowizowanemu na środku łoża.
- Jesteś wyjątkowa, udało ci się przetrwać to wszystko, przez co przeszłaś. Każdy inny Wais ciągle jeszcze byłby w śpiączce. Może nawet nigdy by z niej nie wyszedł.
Lalelelang ułożyła się w wygodniejszej pozycji.
- To jest obiektem mojego zainteresowania od wielu lat. I opracowałam swoje własne ćwiczenia treningowe, zarówno fizyczne, jak i umysłowe, które pomagają mi sprostać ekstremalnym warunkom.
Mimo wszystko. - Przez chwilę Umeki milczała. - Może będziemy miały szansę jeszcze porozmawiać zanim zabiorą cię na prom, a może nie. Chcę ci więc powiedzieć, że mam nadzieję, że znalazłaś to, po co tu przyleciałaś.
- Nawet więcej, niż marzyłam w snach.
- No myślę - zachichotała cicho Umeki odchodząc od łóżka. W połowie drogi do
drzwi odwróciła się i lekko skłoniła w jej kierunku.
- To coś specyficznego dla naszego gatunku - wyjaśniła Umeki. - To wyraz
szacunku wśród przodków w mojej rodzinie. Wielu z nich było wojownikami i
zrozumieliby go.
- Wszyscy twoi przodkowie byli wojownikami - odrzekła Lalelelang. - To jest
coś specyficznego dla twojego gatunku.
- No cóż, chciałam powiedzieć, że większość z nich była zawodowymi
żołnierzami.
Lalelelang skinieniem przyjęła tę poprawkę do wiadomości. Tyle jeszcze mogłaby
powiedzieć, tyle spraw przedyskutować z tą pomocną Ziemianką, ale była zbyt
zmęczona, zbyt wyczerpana zarówno na ciele, jak i na umyśle.
Tak, była gotowa do opuszczenia tego miejsca. Chciała powrócić do spokoju, do
wyrafinowania i do znajomego otoczenia Mahmaharu. A jednak pomimo to jakaś
przekorna, irracjonalna cząstka jej osobowości gotowa była jeszcze raz przez
to wszystko przejść.
Różnica pomiędzy dedykacją a fanatyzmem, napomniała siebie, mierzona jest
średnicą źrenic. Nie poprosiła o zwierciadło.
Udała sen, ale jedno oko miała półotwarte, dopóki Ziemianka nie odeszła. Umeki
może i była jej przewodniczką i wybawicielką, ale ciągle pozostawała
Człowiekiem i Lalelelang nie potrafiła się odprężyć, dopóki nie została sama w
pokoju. Ostrożność nie przysparzała jej wyrzutów sumienia. Nie możesz ufać
Człowiekowi, nawet temu, który wydaje się całkowicie niezawodny.
Jak można by, skoro w ciągu całej utrwalonej historii nie mogli ufać sami
sobie?
Powrót do domu obył się bez fanfar i specjalnych celebracji i żadnej takiej
niesmacznej demonstracji nie przyjęłaby przychylnie. Nie oznacza to, że była
wykluczona z towarzystwa. Jako przedstawicielka swojego gatunku, która brała
fizyczny udział w prawdziwej bitwie, miała unikalny status. Oznaczało to, że w
społeczeństwie musiało zostać stworzone dla niej specjalne miejsce, więc
jednocześnie była chciana i ignorowana.
Nie martwiło jej to. Zawsze była samotnikiem, nawet w tradycyjnej siostrzanej
triadzie, do której należała, Jej rodzeństwo od początku miało za złe, że
brała udział w tak niewielu uroczystościach rodzinnych i jednocześnie było
dumne z jej osiągnięć. Lalelelang miała nadzieję, że uczucia te są
zrównoważone.
Jedynym natychmiastowym skutkiem ekspedycji był fakt, że frekwencja na jej
wykładach potroiła się. Gdy zaciekawienie wywołane wyprawą nieco opadło, ilość
słuchaczy również spadła. Pomyślała, że jest to zjawisko równie nieuniknione,
jak i zabawne. Zdawała sobie sprawę, że wielu z nowych studentów przyszło,
kierując się jedynie perwersyjną ciekawością, a nie poważnymi
zainteresowaniami. Ale nawet dyletanci odchodzili bogatsi.
Nie martwiło jej to, gdyż jej głównym zajęciem stały się badania i publikacja
wyników, a nie nauczanie. Przypadkowo zgadzało się to z celami administracji.
Każdy mógł uczyć, za to doświadczenia,
nad którymi jedynie ona mogła się rozwodzić, były unikalne i zasługiwały na
szerszą publiczność.
Dzięki jednej wyprawie stała się czołowym ekspertem w swojej dziedzinie.
Istniała mała koteria specjalistów z którymi regularnie wymieniała informacje:
Hivistahmowie, O'o'yanowie i jeden Yula, jak równieżjej współziomkowie
Waisowie. Wielu podzielało jej niepokój, choć żaden nie był jeszcze
wystarczająco śmiały, ani zaangażowany, żeby podpisać się pod jej najbardziej
radykalnymi hipotezami. Lalelelang wiedziała, że czasami tcoretyzując
wchodziła na niebezpieczny grunt, miejsca, na które jej błyskotliwi koledzy po
fachu nie odważali się nawet stąpnąć. Na przykład jej sprawozdanie na temat
"Nieustępliwa Żądza Krwi w Tradycyjnej Rozrywce" było nie tylko
kontrowersyjne, ale wręcz nie do rozumienia dla wielu uczonych. Mieli oni
tendencje, by o takich zagadnieniach rozprawiać tylko teoretycznie, co
odpowiednio zmniejszało efektywność wypowiedzi.
Lalelelang opracowywała, z historycznego punktu widzenia, ogólną historię
ludzkich zachowań i wielu kolegów nie obchodziło w jakim kierunku zmierzała.
Nic nie mogła na to poradzić. Jako zagorzała empirystka nie miała wyboru.
Musiała bezwzględnie podążać ścieżką, którą wybrała.
Im więcej studiowała i im głębiej docierała, tym bardziej była przekonana, że
jest u progu odkrycia czegoś niezwykle ważnego, nie tylko dla jej rasy, ale i
dla całej Gromady. Czegoś tak oczywistego, a jednocześnie tak nieuchwytnego,
że reszta Gromady wolała to zignorować, niż dokładniej zbadać.
Jeszcze jedno doświadczenie bojowe mogło te odczucia skrystalizować, ale
jeszcze nie była na nie gotowa. Wspomnienia poprzedniego kontaktu z polem
bitwy były wciąż zbyt świeże, zbyt łatwo do niej wracały. Przez chwilę
rozważała nawet możliwość odwiedzenia planety zwanej Ziemia, ale stwierdziła,
że nawet dla niej, z jej specjalistycznym przygotowaniem i doświadczeniem, są
pewne granice, których nie można przekroczyć. Myśl, nawet abstrakcyjna, o
samotnym przebywaniu w świecie pełnym Ludzi, którzy stanowili potencjalne
zagrożenie i w którym bezustannie byłaby obiektem uwagi i ciekawości, była
wystarczająco przerażająca, by zrezygnować z zamiaru. Dygotała, gdy tylko
zaczynała to rozważać i natychmiast recytowała kojące wersety
Była przekonana, że w dalszym ciągu musi obserwować żołnierzy z Ziemi,
najchętniej w bardziej intymnych okolicznościach, ale
nie była przygotowana do ponownego przejścia przez te wszystkie cierpienia,
których doznała na Tiofi. Jej naukowa reputacja była teraz tak duża, że mogła
zrobić użytek ze stosownych funduszy bez konieczności użerania się o nie z
administracją.
Jaką miała alternatywę?
Najrozsądniej byłoby przyłączyć się do jednej z naczelnych i przebywać tak
blisko niej, jak tylko możliwe, aby dokonać wyczerpujących obserwacji, których
wymagała jej bieżąca praca. Największą trudnością było znalezienie
Ziemianina-żołnierza, który zgodziłby się cierpliwie znosić towarzystwo Waisa
w trakcie wszystkich swoich działań na jawie. Jej przelotna znajomość z
Ziemianką Umeki dała jej przedsmak trudności, na jakie napotkać musi próba
nawiązania tak bliskiego kontaktu.
Czuła, że to jest coś, co musi zrobić, że nie może w pełni poznać, ani
zrozumieć jakiejś rasy, jeśli wcześniej nie będzie żyć z jej reprezentantem,
dzielić z nim codziennych przeżyć, obserwować jak współżyje nie tylko z
przedstawicielami innych gatunków, ale również ze swoimi pobratymcami. To
oznaczało nie tylko konieczność przedstawienia tej propozycji administracji,
ale również osobistego poddania się ziemskiej władzy. Doświadczenia z Tiofy
powinny się jej przydać.
Będą się niepokoić, że przejmie chęć do wojowania od tego kogoś, do kogo
będzie oddelegowana. Nie sądziła, żeby mieli się czym martwić. Spośród
wszystkich rozumnych gatunków jedynie Ziemianie potrafili spokojnie dyskutować
o tańcu, gotowaniu, lub luminescencyjnej rzeźbie, po czym w ułamku sekundy
walczyć i zabijać. Obecność pojedynczego Waisa w takim towarzystwie miała
niewielkie szansę wywrzeć na nich jakikolwiek wpływ.
Gdyby dopisało jej szczęście, mogła nawiązać kontakt z żołnierzem, który byłby
obeznany z kulturą Waisów i całej Gromady. Wtedy jej praca byłaby znacznie
łatwiejsza i przyjemniejsza. Jednak, jeśli okazałoby się to konieczne, była
gotowa sprostać trudniejszej sytuacji.
Bardzo ostrożnie sformułowała swoją propozycję. Było duże ryzyko, że wszystkie
przygotowania zostaną zmarnowane i cały jej wysiłek pójdzie na mamę. Bowiem,
który Ziemianin-żołnierz chciałby Waisa, mogącego wpaść w nieprzewidzianą
śpiączkę, lub konwulsje przy pierwszych oznakach trudności, jako swojego
towarzysza w czasie wykonywania zadań bojowych?
Po złożeniu aplikacji przyszła nadzieja i obawa. Nowa propozycja pod wielu
względami była bardziej niezwykła, od prośby o pozwolenie odwiedzenia pola
bitwy. Teraz występowała nie o umożliwienie zwykłej obserwacji, ale o zgodę na
dłuższy okres zamieszkania z przedstawicielem obcej rasy, na dodatek z
Ziemianinem-żołnierzem!
Wiedziała, że musi spróbować. Ze wzglądu na bardzo ważne teorie, jeszcze nie
dowiedzione, oraz ze względu na osobiste przeczucia, które sięgały aż do
najgłębszych warstw tego, w co wierzyła, musiała spróbować. Czyniąc tak,
liczyła na rewelacje, ale zadowoliłaby się zrozumieniem.
Niewielu wśród Waisów miało tak silną motywację.
Oczywiście, bardziej niż czegokolwiek innego, pragnęła by doświadczenia i
badania udowodniły, że jest w błędzie. Jeśli miała rację, zadaniem przyszłych
historyków będzie po prostu dopisanie zakończenia do potencjalnego kataklizmu,
który tylko ona, wydawało się, była w stanie przewidzieć. Chyba, że
zatryumfują Ampliturowie i ich Cel, a wtedy cała historia będzie zależeć od
tej jednej rasy.
Najbardziej przerażało ją to, że im stabilniejsza stawała się konstrukcja jej
głównej teorii, tym mniej była pewna, czy zwycięstwo Ampliturów byłoby
rzeczywiście większym złem.
Strona główna
Indeks